Umówiliśmy się z Lungo, że z Addis wyjedziemy jak najwcześniej rano a na śniadanie zaplanujemy zatrzymać się gdzieś po drodze. Był wtorek rano i przeczuwaliśmy, że wyjazd z Addis zajmie nam trochę czasu. Lungo i nasz kierowca Semeneh podjechali po nas do hotelu około 7.30. Nowa, ledwie dwuletnia Toyota Raw sprawiała dobre wrażenie - miała nam służyć przez następne ponad dwa tygodnie w skrajnie ciężkich warunkach. Zapakowaliśmy nasze bagaże, sprzęt fotograficzny wygodnie pod ręką, ruszyliśmy w drogę.
Istnieje kilka opcji wyjazdu ze stolicy na południe, w kierunku Arbaminch a następnie Doliny Omo. Jedną z możliwości jest droga w kierunku jeziora Ziway i Langano i dalej przez Shashemene i Awasę. My zdecydowaliśmy się jechać w kierunku Butajiry, przez Hosannę i Sodo, pierwszą opcję zostawiając na drogę powrotną. Obie drogi są na dużych odcinkach asfaltowe - ale oczywiście nie w wydaniu europejskim. Mnóstwo dziur, rozpadlin, brak pobocza i odważna jazda kierowców czynią podroż niezmiernie "atrakcyjną". Bardzo dobry jest krótki odcinek nowo wybudowanej  drogi w okolicach Sodo - dwupasmowa, gładki asfalt, żadnych dziur.
Nowe drogi w Etiopii budują Chińczycy. Wygrali niemal wszystkie kontrakty, budują także szybką, napowietrzną kolej magnetyczną w samej Addis Abebie, która usprawni ruch wewnątrz miasta. Kontrakt na prawie 1 miliard dolarów, kolej ma ruszyć za miesiąc, w lutym 2015.


Ruch w samej stolicy przy wyjeździe  był ogromny. Ludzie do pracy, dzieci do szkoły, pełno pieszych, szkolne autobusy, taksówki, wozy ciągnięte przez konie i osły, przy drodze mnóstwo straganów, wszędzie pełno ludzi wciskających się miedzy samochody, jacyś policjanci próbujący tym wszystkim kierować. Już po pierwszych minutach jazdy wiedzieliśmy, że nasz kierowca Semeneh radzi sobie znakomicie i możemy być pewni jego umiejętności i "wyczucia" sytuacji. W ciągu następnych dni mogliśmy się o tym niejednokrotnie przekonać, zwłaszcza gdy przebijaliśmy się przez bezdroża Doliny Omo.
Oczywiście do Arbaminch można dolecieć z Addis samolotem. Linie Ethiopian obsługują te loty co najmniej 2 razy w ciągu dnia. Jazda samochodem ma jednak zdecydowaną przewagę jeżeli chcemy poobserwować życie lokalnych mieszkańców a także odwiedzić kilka miejsc po drodze. Można ogólnie stwierdzić, że im bardziej na południe - tym "gorzej" i  biedniej. Utwardzone drogi zaczynają "zanikać", domy okolic Addis zaczną stopniowo przechodzić w drewniane chaty a następnie lepianki i szałasy, dzieci wracające ze szkoły poboczem drogi zupełnie znikną w okolicach Jinka, pojawi się coraz więcej ludzi chodzących boso......

Wyjazd z Addis Abeby






Nasza trasa wiedzie początkowo przez tereny zamieszkane przez plemię Gurage, jeden z liczniejszych ludów Etiopii, stanowiących około 2.5% całości populacji (około 2 mln). Zamieszkują oni tereny około 125 km na południowy zachód od stolicy, pomiędzy rzeką Awash na północy a rzeką Gibe (dopływem Omo) na południu. Jednocześnie wielu z nich mieszka w Addis i innych regionach Etiopii, wielu zdobyło podstawowe wykształcenie w lokalnych szkołach, uważani są za bardzo pracowitych. Mówią swoim własnym językiem Gurage, który ma wiele dialektów i należy do nadrodziny języków afroazjatyckich  i grupy etiopio-semickiej (do tej grupy należy też język amharski, urzędowy język Etiopii). Odmiany tego języka doprowadziły do wyodrębnienia się trzech dialektycznych grup, z których największa jest grupa wschodnia, tzw. Site (w roku 2000 grupa mówiącą tym dialektem odmówiła swojej przynależności i identyfikacji jako Gurage ).

Zjeżdżamy z głównej drogi, aby odwiedzić jedną z wiosek Gurage.  Gdy tylko wyszliśmy z samochodu natychmiast zostaliśmy otoczeni przez grupę dzieci w różnym wieku. Wyszli ku nam także mężczyźni, oderwani naszym przyjazdem od młócki zboża zgromadzonego na podwórzu przed chatami. Zboże młóci  się tutaj sposobem znanym sprzed setek lat w Europie, poprzez wydeptywanie ziarna na klepisku przez bydło.


Młócenie zboża na klepisku

Część starszych dzieci chodzi do lokalnej szkoły, mamy dla nich zeszyty, długopisy i pisaki. Dla młodszych – cukierki i lizaki. Zewsząd wyciąga się mnóstwo rąk, jesteśmy wręcz otoczeni przez tłum dzieci. Takie sceny będą nam towarzyszyć w następnych dniach wielokrotnie. Zwiedzamy samą wioskę i wnętrza prostych, skromnych chat. Robimy kilka zdjęć, pokazując szczęśliwym dzieciakom ich twarze na wyświetlaczach aparatów.







Gurage to lud od wieków trudniący się rolnictwem. Żyją w tradycyjny sposób przez ostatnich kilkaset lat, uprawiają ziemię i hodują zwierzęta, tak jak ich przodkowie przed wiekami. Główną rośliną uprawną jest „eset” albo „enset” – czyli „fałszywy bananowiec” (false banana). Jest on obok kawy i teffu, czyli miłka abisyńskiego (z którego przygotowuję się „injerę” czyli  popularny etiopski placek) najbardziej  znaną rośliną w Etiopii.

Eset jest rośliną endemiczną, występującą jedynie w Etiopii, głównie w jej południowo-wschodniej części. Wymaga ona wieloletniego i bardzo skomplikowanego cyklu uprawy. Istnieje blisko 200 jej odmian w zależności od rodzaju liści, wysokości, smaku korzenia, a czas od momentu posadzenia, aż do uzyskania dojrzałej rośliny wynosi od 12 do 15 lat i zależy od jakości gleby, klimatu a przede wszystkim od staranności uprawy. Najlepsze plony uzyskuje się na specjalnie uprawianych glebach, zazwyczaj tam gdzie enset rośnie przez wiele lat. Tajniki jego uprawy przekazywane są z ojca na syna i uważane za największy sekret rodzinny.Gdy syn zaczyna swoją własną uprawę, ojciec wspiera go swoją radą. Jest w zwyczaju, że ojciec przeznacza część swoich zbiorów na wsparcie syna do momentu, aż nowe pole zacznie dawać wystarczający plon.
Eset jest rośliną trudną w uprawie i Gurage postrzegani są jako najwięksi znawcy tej uprawy. Aby osiągnąć dobre plony należy przestrzegać wielu reguł, m.in. wszystkie prace wykonuje się w porze suchej od października do maja, obcina się stare liście, sadzi się eset w pobliżu domów, gdyż dym z paleniska ma sprzyjać wzrostowi rośliny, w porze deszczowej eset porasta trawą zwaną „muga”, którą należy dokładnie usuwać, gdyż szkodzi wzrostowi i plonom (muga wycinana jest ręcznie za pomocą długiego, zakrzywionego noża zwanego „merded”).
Do uprawy „false banana” wykorzystuje się 4 różne pola, gdyż istnieją rożne fazy jego rozwoju i każde oddzielne pole służy do jego uprawy w odpowiedniej fazie. Pierwsza faza to tzw. „fonfo” – czyli rozmnażanie sadzonek, druga faza to „samua” – po 2 latach sadzonki wyciąga się z ziemi i rozdziela na pojedyncze pędy, trzecia faza to „masera”, gdy ponownie przesadza się roślinę na następne pole na kolejne minimum 2 lata i wreszcie faza czwarta to „haba”, gdy ponownie przesadza się rośliny, ale znacznie luźniej na kolejne 2 lata. Cały czas okłada się go nawozem, a eset jest w pełni dojrzały, gdy wypuści pojedynczy kwiat zwany „sera”.

Eset, ze względu na swoje skromne wymagania dotyczące wody, potrafi przetrzymać nawet bardzo długie okresy suszy i dzięki temu Gurage rzadko cierpią głód. Rząd Etiopii po klęsce głodu w 1984 zalecił uprawę esetu w całej Etiopii. Roślina stała się popularna także w innych rejonach Etiopii, zwłaszcza na południu np. stała się podstawą upraw w plemieniu Dorze – gdy za kilkanaście dni odwiedzimy wioski Dorze będziemy mogli dłużej obserwować obróbkę tej rośliny.
Eset to ważne źródło materiału do wyrobu wielu produktów np. sznurka (kanca) oraz wszelkiego rodzaju drobnych sprzętów codziennego użytku oraz domów, płotów itp. Wykorzystuje się praktycznie każdą część tej rośliny. Roślina składa się z kilku części: wahata – czyli korzeń, guba – czyli gruby pień, katala – czyli ogromne liście.
Same zbiory to prawdziwy rytuał. Pień obcina się na wysokości 20 cm od korzenia, wcześniej rozkłada się liście, które służą jako mata zabezpieczająca przed zanieczyszczeniem czystych części rozbieranej rośliny. Roślinę odwraca się korzeniem (wahata) do góry, aby łatwiej było ją oczyścić, a następnie za pomocą specjalnych noszy (matrasa) kilka osób transportuje ją do miejsca obróbki. Przy obróbce pracują całe rodziny pomagając sobie wzajemnie, np. przy obróbce pnia (guba) musi sobie pomagać kilka osób – gdy jedni układają i przytrzymują płaty pnia, inni (zazwyczaj kobiety) specjalnym, bambusowym narzędziem zwanym „sabisa” ścierają te płaty na drobne wióry otrzymując jednocześnie płyn, który zastyga w białą masę - „atemata”. Można tę masę długo przechowywać i służy ona do przygotowywania wielu potraw np. Yatamata fyrfyr – do atemata dodaje się odrobinę wody i kruszy się, a następnie smaży na patelni. Wykłada się na talerz i dokładnie miesza z papryką i masłem klarowanym; podaje się go na różne okazje, najczęściej jako przekąskę do kawy.

Czynność ścierania wykonuje się aż do momentu, gdy z obrabianego pnia pozostaną jedynie sznurki – „kanca”, bardzo mocne, wykorzystywane na co dzień.
Dla Gurage enset to roślina niemal święta, całe ich życie koncentruje się wokół jej uprawy. Najbardziej znaną potrawę w plemieniu Gurage – wusa – otrzymuje się właśnie z esetu. Wusa jada się codziennie, podobnie jak nasz chleb. Stanowi onz podstawę wyżywienia mieszkańców plemienia Gurage. Wusa przygotowuje się bez żadnych dodatków, dlatego po usmażeniu samo w sobie jest niesmaczne i dość twarde, ale spożywa się je popijając mlekiem lub śmietaną, a zjada z białym serem lub ze specjalną kapustą tzw. yaguraga gomen. Jeżeli zamówicie wusa gdzieś w restauracji, to najczęściej podane zostanie w połączeniu z "kata" czyli surową, krojoną wołowiną z masłem klarowanym ze specjalnymi przyprawami -  i w  takiej postaci najlepiej smakuje.





Odprowadzani przez krzyki i śmiechy dzieci wsiedliśmy do naszej Toyoty i ruszyliśmy dalej na południe. Najpierw jednak - obowiązkowa przerwa na kawę. To będzie obowiązkowy rytuał podczas całego naszego pobytu w Etiopii.






Kolejnym planowanym miejscem do zobaczenia na naszej trasie był kościół Adadi Mariam, jedyny na południe od Addis kościół wykuty w skale. Kościoły wykuwane głęboko w skałach należą do najciekawszych obiektów i miejsc wartych zwiedzenia w Etiopii. Oczywiście najsłynniejsze są na północy w regionie Tigray i okolicach Lalibeli i stanowią cel osobnych wypraw, pielgrzymek i wycieczek. Pewnie kiedyś ruszymy tam z oddzielną wyprawą........
Nazwa Lalibela pochodzi od króla Gebre Mesqel Lalibeli, który panował w Etiopii na przełomie XII i XIII wieku (1181 - 1221). Za jego czasów Lalibela nazywała się Roha.  Jak mówią przekazy historyczne, król Lalibela doświadczył pewnej nocy wizji w której zobaczył Jerozolimę. Król postanowił zbudować "Nowe Jerusalem' w swoim królestwie, decyzję przyspieszyło zajęcie Jerozolimy przez Kurdyjskiego sułtana Saladyna w 1187 roku. Tak powstało 11 kościołów  wykutych głęboko w skałach w okolicy Lalibeli, które zostały po raz pierwszy zwiedzone przez Europejczyków w XVI wieku (portugalski badacz Pero da Covilha i opis kościołow przez księdza Francisko Alvaresa).
Tradycja wykuwania miejsc kultu w skałach sięga jednak w Etiopii IV- VI wieku, a więc początków chrześcijaństwa na tych terenach. Uważa się, że z czasem wraz z rozwojem chrześcijaństwa (po przybyciu do Etiopii tzw. Dziewięciu Świętych),  te miejsca kultu przekształcały się w większe kościoły jak np w Axum czy Debre Damo. 

Uważa się, że powstawanie głównie kościołów wykuwanych głęboko w skale zamiast tradycyjnie budowanych z drzewa wiąże się właśnie z biblijną tradycją przywiezioną do Etiopii przez misjonarzy z Syrii i Konstantynopola. Pierwsze kościoły chrześcijańskie po śmierci Chrystusa powstawały w grotach i jaskiniach, stąd budowa takich kościołów miała nawiązywać do tradycji wczesnych chrześcijan. Uważano także, że kościoły wykuwane w skale są bardziej trwałe i przetrwają wieki, a ponadto do ich budowy nie potrzeba wyszukanych materiałów i narzędzi. Kościoły takie wykuwano najczęściej w skałach wulkanicznych na trzy rożne sposoby. Były to albo kościoły wykuwane w jednej skale (tzw. monolithic churches), albo kościoły gdzie wykorzystano część skały i dobudowywano zewnętrzne pomieszczenia (tzw. semimonolithic), albo też kościoły w formie jaskini wykutej w skale.

Jedynym kościołem wykutym w skale, który powstał na południe od Addis Abeby jest kościół Adadi Mariam (znany także jako Anfar Debre Mariam). Lokalne pisma hagiograficzne i tradycyjne przekazy mówią, że król Lalibela wizytując region Adadi Mariam nakazał lokalnej społeczności budowę kościoła. Budowa kościoła w tym miejscu wiąże się z wizytą w Etiopii jednego ze obecnych świętych Kościoła Ortodoksyjnego o nazwisku  Abune Gabre Menfes Quedus. Przekazy mówią, że ufundował on klasztor na Górze Zuqualla. Gdy król Lalibela wizytował nowo zbudowany klasztor, ukazała mu się Św. Maria która wysłała białe gołębie na południe Etiopii i nakazała królowi budowę kościoła w miejscu które wskażą ptaki - tym miejscem okazało się być Adadi Mariam. Lalibela rozpoczął budowę niezwłocznie (było to prawdopodobnie w ostatniej dekadzie XII wieku), kościół poświęcił imieniu Św. Marii i ulokował tam także "tabot", czyli kopie tablic z 10 przykazaniami..

Przekazy mówią, że nazwa "Adadi" pochodzi z dwóch źródeł. Pierwsze ma być  związane z drzewem wyrosłym na sklepieniu kościoła, które to drzewo w języku amharskim  nazywa się "Anfar" a w języku oromo "Adi- Adi". Ponieważ większość lokalnych mieszkańców mówi językiem oromo, nazwa uległa stopniowo przekształceniu w Adadi. Drugi przekaz mówi, że nazwa związana jest z białymi gołębiami wskazującymi miejsce budowy kościoła, które miejscowa ludność nazywała "Adadi Naama" czyli "ludzie-anioły".

Kościół był miejscem kultu do XVI wieku, potem  popadł w ruinę i zapomnienie podczas panowania i wojen prowadzonych przez Ahmeda Gragna w XVI wieku. Chrześcijanie byli wówczas prześladowani, kościół zakryto głazami a "tabot" ukryto na jednej z wysp jeziora Ziway. Wiele innych dokumentów i manuskryptów ukryto także w klasztorach wysoko w górach. Kościół został ponownie odkryty i przywrócony do funkcjonowania na początku XX wieku za panowania Menelika II, a tabot powrócił do Adadi Mariam w 1882 roku. (duże prace rekonstrukcyjne przeprowadzono pod auspicjami UNESCO w 1998 roku).

Kościół leży około 55 km od Addis w okręgu Kersa, przy głównej drodze z Butajery. Należy odbić nieco od głównej drogi, przejechać przez mały most na rzece Adadi Mariam.

Podjechaliśmy na mały parking przed wejściem na teren kościoła. Była około 10 rano, byliśmy sami, nie licząc kilku kobiet siedzących na ziemi przed bramą wejściową. Lungo rozmawiał z kimś na uboczu, po chwili okazało się, że jest to kościelny kościoła Adadi Miriam, który został także naszym przewodnikiem. Główna msza poranna odbyła się o 8 rano, przed bramą kościoła modliło się jeszcze kilka kobiet. Kościelny, ubrany był "po cywilnemu" w T-shircie i sandałach, wskazał nam kierunek naszego zwiedzania. Ruszyliśmy przez zarośnięty plac, w pierwszej chwili trudno byłoby się zorientować, że gdzieś tutaj "stoi" kościół, Z daleka kościół jest w ogóle niewidoczny, bowiem wykuty on został wgłąb skały, poniżej poziomu gruntu. Nie sprawia on  tak atrakcyjnego wrażenia jak kościoły Lalibeli, ale niewątpliwie jest świetnym przykładem tego rodzaju obiektów. Schodzi się do niego głęboko, po schodach w dół - można wybrać jedno z 3 zejść, 2 z nich mają 21 stopni na cześć obchodzonego 21go każdego miesiąca dnia Św. Marii.


Brama wejściowa na teren kościoła Adadi Mariam


Zejście do Kościoła



Sam kościół ma 19 metrów długości i 16 metrów szerokości i w samym środku pomieścić może około 300 wiernych. Otoczony jest wykutym dookoła głównego pomieszczenia korytarzem z 24 oknami do którego przylega jeszcze jeden wykuty korytarz pełniący funkcję odprowadzania wody. W otaczającej skale wykute są także małe komnaty-cele dla modlących – w czasie prac archeologicznych znaleziono tam kości pochodzące z XIII wieku . Do samego wnętrza prowadzi z zewnątrz 10cioro drzwi, ale tylko dwoje drzwi dostępne są dla wiernych - oddzielnie jedne dla kobiet, a drugie dla mężczyzn. 

Ściągamy buty i wchodzimy za naszym przewodnikiem, schylając nisko głowy. Wnętrze robi wrażenie, w środku panuje półmrok, ale do pomieszczeń doprowadzono elektryczność. Czujemy się jak w podziemnym lochu, ale pomieszczenia wyłożone są dywanami, na ścianach wiszą obrazy Św. Marii oraz świętych kościoła ortodoksyjnego. Wrażenie robi portret  wspomnianego wcześniej Gabre Menfes Quedusa, pospolicie zwanego Abo, jednego z najważniejszych świętych kościoła etiopskiego. Jak pisałem wcześniej, jest on fundatorem klasztoru w Zuqualla. Portret w pierwszej chwili może budzić zdziwienie, bowiem ciało Abo jest całe owłosione. Jak mówi legenda, Bóg zesłał Abo na pustynie i kazał mu żyć wśród 60 lwów i 60 lampartów. Już wtedy Abo zanany był z czynionych cudów, więc aby upodobnić się do zwierząt jego skóra pokryła się białym włosem - takim przedstawia go portret w kościele Adadi Mariam.



Portret Gabre Menfes Quedusa
  
Wnętrza kościoła



Kościół podzielony jest na 3 części, tzw. Qenne Mahlet - czyli nawę, Qeddest - czyli część środkową oraz Maqdes - czyli właściwe sanktuarium. Qenne Mahlet to część, która mieści największą ilość wiernych, tutaj także przebywają główni kantorzy śpiewający w czasie mszy. Ma ona 7 metrów szerokości, główne drzwi wychodzą na północ i mają 1.7m wysokości 1.1 m szerokości. Sufit wyłożony jest strukturą z belek pełniących rolę wsporników, która przechodzi do następnego pomieszczenia tj. Qeddest. Qeddest przeznaczona jest dla wiernych przyjmujących komunię, ma 4 metry szerokości. Małe okna wpuszczają nieco światła. Następnym pomieszczeniem – „najświętszym ze świętych” jest Maqdes, czyli pomieszczenie gdzie przechowywany jest tabot i do którego wstęp mają tylko kapłani. Prowadzą do niego jedyne drzwi wysokie na 1.7 metra i szerokości 1 metra. Tylna ściana to solidna skała, która wzmacnia konstrukcję pomieszczenia.

Kościelny oprowadził nas po wszystkich pomieszczeniach objaśniając ich przeznaczenie. Pokazał także najbardziej święte i cenione przedmioty liturgiczne zachowane w Adadi Mariam. Szczególnie cenna jest jedna z biblii, manuskrypt napisany w języku geez, dwie kolumny tekstu w kolorach czarnym i czerwonym, bogato zdobione.








Przewodnik pokazuje nam także „święty kamień”, duży, ciężki i solidny – każdy, kto jest w stanie  unieść go do góry udowadnia tym dokonaniem swoją niewinność i bycie wolnym od grzechu. Kamienie o takim samym przeznaczeniu spotkamy wiele dni później także w wioskach plemienia Konso.

Wokół kościoła znajduje się wiele jaskiń, które prawdopodobnie pełniły kiedyś rolę miejsc kultu, a także pozwalały na przechowywanie przedmiotów liturgicznych, zwłaszcza w czasie wojen. Jaskinie te czekają jeszcze na dalsze badania, najbardziej znane to jaskinia Gbzina,  Kirstana oraz jaskinia Tulu Lemen. W okolicach kościoła znajdują się także miejsca pochówku zmarłych, niektóre groby mieszczą się we wgłębieniach wykutych w otaczających skałach.

Wyszliśmy „na powierzchnię” po ponad godzinie, przed bramą siedziało wiele kobiet modlących się i obserwujących nas uważnie. Główne święto w kościele Adadi Mariam obchodzone jest corocznie 29 stycznia, kiedy to odbywa się celebracja św. Marii. Święto ściąga tysiące wiernych z całej okolicy.

Ruszyliśmy w drogę. Naszym kolejnym celem była Tiya. Miejsce to znajduje się także na liście światowego dziedzictwa UNESCO i jest jednym z około 160 stanowisk archeologicznych w okolicach Sodo, gdzie odkryto wiele obiektów stanowiących o historii Etiopii. Zjechaliśmy z głównej drogi i po kilkunastu kilometrach stanęliśmy na niepozornym parkingu. Bilet kosztuje 50 birrów, miejsce otoczone jest po prostu drutem kolczastym,wchodzi się przez metalową bramkę.
Tiya słynie z odkrycia 36 tablic - steli - z okresu megalitycznego czyli sprzed około 2-3 tys. lat p.n.e. (z okresu megalitycznego pochodzi szereg znanych budowli w Europie, np. Stonehenge). Stele to kamienne płyty nagrobne, najczęściej ustawiane pionowo (najbardziej chyba znane w historii  są żydowskie stele - macewa). Tablice w Tiya są świetnie zachowane, w promieniu około 50 metrów stoi 33 z nich wysokości od 1 do 1.5 metra. Na 32 z nich znajduje się szereg symboli, najczęściej wykute miecze, na jednej widać postać ludzką, ale jest także symbol wspomnianego wcześniej esetu. Przy stelach odkryto groby, uważa się więc, że wyznaczają one miejsca pochówku. Podczas prac prowadzonych przez archeologów francuskich i etiopskich odkryto groby osób, które umarły w wieku 18-30 lat - przypuszcza się, że mogą to być groby wojowników.












Po około godzinie byliśmy znowu w drodze na południe. Do Arbaminch dojeżdżaliśmy późno wieczorem ale nasz plan nie zakładał wjazdu do miasta. Lungo postanowił, że skręcimy w kierunku wiosek plemienia Dorze, wspinając się wyboistą drogą na 2400 metrów. To była jedna z lepszych decyzji w czasie naszej podroży. Słońce powoli zachodziło, gdy podjeżdżaliśmy w górę. Postanowiliśmy zanocować w Dorze Lodge, wybudowanym w stylu wiosek Dorze hotelu z prześwietnym widokiem na Arbaminch i jezioro Abaya. Ale o tym w następnym rozdziale.

16 stycznia 2015
Etiopia, Addis Abeba, Dolina Omo, Adadi Mariam, Tiya, stele, Gurage, eset, enset, fałszywy banan,false banana, Arbaminch, plemiona Etiopii, indżera

← 2. Etiopia: Addis Abeba                                                                                                  4. Etiopia: Dorze→