03. Hiszpania: Barcelona

Właśnie wróciliśmy z kilkudniowego "wypadu" do Barcelony.
W ciągu ostatnich 20 lat odwiedzaliśmy Barcelonę kilkakrotnie. Różne były cele i powody tych pobytów, ale możemy śmiało powiedzieć, że znamy Barcelonę bardzo dobrze - oczywiście nie aż tak dobrze, jak ktoś kto mieszka tam na stałe, ale wielokrotne pobyty tam na przestrzeni wielu lat pozwalają na napisanie kilku zdań o tym mieście.

Dlaczego tylko kilku zdań? Z prostego powodu - o Barcelonie napisano już tomy książek, artykułów i poradników. Bez problemu można znaleźć w sieci setki blogów poświęconych Barcelonie, opisy jej zabytków, atrakcji, poradników oceniających jej restauracje i wszystkie atrakcje turystyczne. Pisanie kolejnych, ogólnych esejów o Barcelonie, powielających powszechnie dostępne informacje byłoby raczej mało interesujące.


Unikałem pisania o Barcelonie, aby nie powielać tego, co powszechnie dostępne. Dlatego decydując się teraz na napisanie notatki o Barcelonie postaram się skupić tylko na kilku miejscach i kilku ciekawych obiektach, które z tego co widzę nie zajmują czołowych miejsc w relacjach osób odwiedzających to miasto.

Barcelona zmieniła się w ciągu ostatnich 20 lat. Miasto jest z roku na rok coraz bardziej oblężone przez turystów. Do Barcelony jeżdżą wszyscy - na kilka dni lub tylko na weekend, starzy i młodzi, bogaci i średnio zamożni, indywidualnie i grupowo, uczestnicy wieczorów kawalerskich i panieńskich, obowiązkowo przylatują tutaj turyści z Ameryki i Japonii odwiedzający Europę. Barcelona to klasyczne miejsce na "city break", podobnie do Lizbony, Amsterdamu, Rzymu czy Paryża. Ostatnie 2 lata kryzysu związanego z "covidem" tylko nieznacznie wpłynęło na ilość przyjeżdżających tutaj turystów.

Barcelona tętni życiem przez 24 godziny na dobę. Pogoda niemal przez cały rok sprzyja biesiadowaniu i imprezom pod gołym niebem. Każdy znajdzie tutaj hotel odpowiadający jego możliwościom finansowym, ilość restauracji, pubów i barów jest niezliczona z cenami dostosowanymi do każdej kieszeni.

Od miejsc bardzo wyszukanych i drogich, po miejsca pospolite i tanie, gdzie nikt nie dba o wyszukany ubiór czy zachowanie. Barcelona ma przez to w sobie pewną "lepkość", pewną atrakcyjność dającą możliwość beztroskiego pobytu i odpoczynku. Jednak jest to także wątpliwa "atrakcyjność" dużego miasta, które, zwłaszcza w miesiącach wakacyjnych, przesycone jest ogromną liczbą turystów. Dlatego Barcelona to także brud na ulicach, tłok w komunikacji, często smród niewydolnej sieci kanalizacyjnej. To także bezdomni śpiący na ulicach, coraz większa liczba migrantów z Afryki znajdujących tutaj swoje miejsce pobytu.

Dla nas Polaków miasto to stało się od niedawna jeszcze bardziej atrakcyjne i zachęcające do odwiedzin za sprawą gry Roberta Lewandowskiego w FC Barcelona.

Bez przesady powiem krótko - Lewandowski to w tej chwili idol dla kibiców "Bluegrany". A ponieważ kibicem tego klubu jest tutaj każdy mieszkaniec Barcelony, to o Lewandowskim mówią wszyscy i wszędzie. Piszę tę notatkę w październiku 2022, gdy Lewandowski jest w znakomitej formie i strzela mnóstwo bramek, wszyscy tutaj mówią o jego grze w samych superlatywach. Obejrzeliśmy zresztą mecz Barcelona - Villareal na Camp Nou, wygrany przez miejscowych 3:0, a Lewandowski strzelił 2 bramki. Niemal 80 tysięczna widownia zgotowała mu owację na stojąco, siedzący obok mnie około 80 letni kibic Barcelony klepał mnie z uznaniem po ramieniu, gdy powiedziałem mu, że jestem Polakiem........

Na co, według mnie, warto poświęcić czas w Barcelonie?

1. Muzeum Frederica Marèsa


Jest bardzo prawdopodobne, że gdy tu wstąpicie to będziecie jedyną osobą (albo jedną z kilku) odwiedzających to muzeum - być może personelu tam pracującego będzie więcej niż odwiedzających...... . W czasie naszego zwiedzania , obok naszej dwójki była tam jeszcze jedna osoba. Przypuszczam, że na 100 osób, które były w Barcelonie może jedna zaledwie odwiedziła to muzeum.

A muzeum to jest prawdziwym skarbem, prawdziwą sensacją wartą każdej minuty tam spędzonej.

Muzeum znajduje się dosłownie tuż przy Katedrze, 50 metrów od jej głównego wejścia, w dawnym  Pałacu Królewskim hrabiów Barcelony, w Dzielnicy Gotyckiej. W okolicy przelewają się tłumy turystów, wielu wchodzi na przepiękny, wewnętrzny dziedziniec Pałacu, aby usiąść przez chwilę w cieniu - wejście do Muzeum jest tuż obok, ale mało kto wchodzi do środka.


Frederic Marès był rzeźbiarzem, który urodził się w Portbou w 1893 roku. Kiedy miał dziesięć lat, wraz z rodziną przybył do Barcelony. Studiował rzeźbiarstwo w Szkole Sztuk Pięknych oraz Szkole Sztuki i Rzemiosła Artystycznego. Studiował także w Paryżu i po latach powrócił do Szkoły Sztuk Pięknych jako wykładowca i wykładał tam aż do przejścia na emeryturę w 1964 roku.

Początkowo, jako młody twórca, pracował Marès w warsztacie rzeźbiarza Eusebi Arnau. Z tego okresu pochodzi jego pierwsza praca dla Barcelony. Jako nieznany artysta wykonywał głównie rzeźby do mauzoleów. Z czasem, odnalazł swój własny styl , zaczął specjalizować się w monumentalnych rzeźbach. Stał się uznanym rzeźbiarzem, wykonał wiele rzeźb, które oglądać można w całej Hiszpanii. W latach dwudziestych Barcelona zamówiła u niego kilka prac, które można dzisiaj oglądać m.in. na fontannie na Plaçu Catalunya i schodach prowadzących na wzgórze Montjüic. Wiele z jego rzeźb zdobi także zabytki Barcelony, m.in. rzeźba Chrystusa nad ołtarzem głównym w katedrze w Barcelonie została wyrzeźbiona przez Frederica Marèsa w 1970 roku. Po hiszpańskiej wojnie domowej poświęcił się głównie renowacji zniszczonych posągów i budynków.

Od wczesnej młodości  Marès zaczął kolekcjonować rzeźby i wiele innych przedmiotów sztuki. Można powiedzieć, że było to kolekcjonowanie wręcz obsesyjne.

W swoich wspomnieniach Marès pisał, że w dzieciństwie kolekcjonował małe obrazki, czekoladowe papierki i japońskie obrazki. Był studentem, kiedy jego ojcu zaproponowano obraz z XV wieku przedstawiający Ramina Llulla, na który nie mógł sobie pozwolić. Marès kupił go za pieniądze, które dostał za sprzedaż jednej ze swoich pierwszych rzeźb.


Podczas pobytu w Paryżu nawiązał kontakty z antykwariuszami  i handlarzami dzieł sztuki. Tutaj zaczął gromadzić swoje pierwsze eksponaty.
Nie pochodził z zamożnej rodziny, więc wszystkie jego kolekcje finansowane były ze sprzedaży własnych rzeźb. Przez długi czas, poza bliskimi przyjaciółmi i rodziną nikt nie wiedział o rosnącej kolekcji jego zbiorów.
Zbierał głównie szeroko rozumiane dzieła rzeźbiarskie, ale także przedmioty sztuki użytkowej, obrazy, ceramikę, przedmioty codziennego użytku, instrumenty muzyczne - dosłownie wszystko. Swoje zbiory przekazał miastu Barcelona w 1944 roku, które udostępniło mu w roku 1946 powierzchnię do wystawienia swojej kolekcji w budynku przy Carrer dels Comtes.

W 1952 roku zebrane dzieła Fryderyka Marèsa wypełniły trzy kondygnacje budynku. Do 1970 roku kolekcja rozrosła się do obecnych i ostatecznych rozmiarów.

Frederic Marès żył 98 lat, zmarł w roku 1991. W 1999 roku muzeum przeniesiono do Pałacu Królewskiego i kolekcja zajmuje obecnie 3 jego kondygnacje.

Kiedy wchodzi się do muzeum, zdumiewa ilość dzieł sztuki, którą udało mu się zebrać - kolekcja ta mogłaby wypełnić kilka muzeów.


Marèsowi dało się zebrać hiszpańskie rzeźby z okresu od XII do XIX wieku, większośc z nich bardzo rzadkich i oryginalnych. Kolekcja ta jest jedną z największych kolekcji rzeźb w Hiszpanii i obejmuje w sumie około 3500 rzeźb, z czego 1600 na stałej ekspozycji. Obejmuje świat starożytny, okres romański, okres gotyku, okres renesansu, okres baroku i XIX-wieczną Katalonię. Do najważniejszych rzeźb należą San Roque Alonso Berruguete , Oiedad Juana de Juni  i San Pedro de Alcantara Pedro de Meny.

Przepiękny jest ołtarz - poliptyk - wykonany przez Mistrza Świętej Krwi, malarza tworzącego w Brugii na początku XVI wieku. 


Zgromadzona kolekcja sztuki gotyckiej robi niesamowite wrażenie, ogromne powierzchnie wielu ścian pokryte są drewnianymi rzeźbami przedstawiającymi ukrzyżowanego Chrystusa naturalnej wielkości, zebranymi z kościołów z całej Hiszpanii. Nie można ich zliczyć, bo jest ich tak wiele. Niezliczona ilość rzeźb Matki z Dzieciątkiem Jezus, także Pieta w niezliczonej ilości wersji. W piwnicy znajduje się również ogromna kolekcja sztuki gotyckiej i romańskiej wykonanej w kamieniu.

Kolejne piętra pałacu to wystawa kolejnych przedmiotów i dzieł - wachlarze, ceramika, wazony z muszelkami, dzieła z kutego żelaza, zegarki i zegary, aparaty fotograficzne. mnóstwo fotografii, fajki, biżuteria, butelki apteczne i zabawki. Wiele z tych zbiorów pochodzi z XIX wieku i jest kopalnią wiedzy dla badaczy tego okresu. Bardzo bogata jest  kolekcja ceramiki, znajduje się wiele przepięknych płytek ceramicznych ze złotą glazurą.

Zwieńczeniem kolekcji  muzeum jest jego ostatnie piętro. Nazwał je Marès "Entertainment Hall", czyli Pokój Rozrywki. Staromodne rowery z gigantycznymi kołami zajmują centralne miejsce, w szafach ogromne kolekcje ołowianych żołnierzyków, ceramiczne lalki, domki dla lalek, gry planszowe, bączki, bilety na koncerty, mechaniczne pozytywki, gramofony, magiczne latarnie i pierwsze w historii ruchome maszyny obrazkowe - zoetropy, gdzie patrząc w szczelinę, dzięki efektowi stroboskopowemu ma się wrażenie oglądania ruchomej scenki. Są tutaj także dioramy, czyli "pudełka sceniczne", zbudowane przez niemieckiego grawera i wydawcę, Martina Engelbrechta (1684–1756).

 


Niesamowite wrażenie robią pierwsze lalki-automaty wyeksponowane w gablotach: śpiewające ptaki w klatce, ruszający się fakir, grający skrzypek, kilka lalek grających na instrumentach takich jak gitara, pianino i harfa. W centrum wyeksponowany jest klaun balansujący na krześle. Pokazywany jest także pięciominutowy film nakręcony przez Francuza Xaviera Vilató, "Màgia mécanica", w którym możemy zobaczyć wszystkie te lalki w działaniu - w niektóre dni organizowane są specjalne pokazy w muzeum na których można obejrzeć te lalki "w akcji" na żywo.

Na drugim piętrze znajduje się gabinet/biblioteka Frederica Maresa, mnóstwo książek, tutaj można zobaczyć także niektóre  stworzone przez niego rzeźby. 


Muzeum Frederica Marèsa można by zwiedzać tygodniami, tak bogate są jego zbiory.


2. Klasztor Pedralbes (Monasterio de Pedralbes)

 

To kolejne miejsce, gdzie nie spotkacie tłumów turystów.
Kompleks klasztorny to jeden z najpiękniejszych obiektów sakralnych w stylu gotyckim nie tylko w Hiszpanii, ale w Europie. Najlepiej dostać się tutaj od stacji metra Palau Real, wspinając się potem pod górę przez miasteczko uniwersyteckie i ogrody dawnego pałacyku królewskiego Pedralbes w kierunku klasztoru.


Klasztor został ufundowany przez królową Elisendę de Montcada na początku XIV wieku. Budowę klasztornych budynków rozpoczęto w marcu 1326 roku. Miejsce w wiosce Sarrià, znajdującej się wówczas daleko poza murami miasta Barcelony, zostało wybrane przez królową Elisendę. Nazwa „Pedralbes” pochodzi od łacińskiego Petras Albas (białe kamienie), bowiem taki kolor miał kamień węgielny położony pod główną absydę kościoła klasztornego. Od momentu powstania klasztorem kierują zakonnice z zakonu sióstr Klarysek.

Już 3 maja 1327 r. siostry wprowadziły się do klasztoru. Rezultatem tak krótkiego okresu budowy, trwającego nieco ponad rok, jest bardzo jednolity, harmonijny układ i styl architektury gotyckiej praktykowanej wówczas w Katalonii. Budowy wielu podobnych kościołów lub klasztorów w innych miejscach Hiszpanii czy nawet Europy były projektami trwającymi często nawet kilka wieków, dlatego zazwyczaj występuje tam mieszanka kilku stylów architektonicznych. W przypadku klasztoru Pedralbes mamy do czynienia z bardzo jednolitym, gotyckim stylem początku XIV wieku  - jedynie trzecia kondygnacja krużganków została dobudowana w XV wieku.


Klasztor, oprócz wartości sakralnej,  jest znakomitym miejscem prezentującym życie codzienne zakonnic, które mieszkały tutaj do roku 1972. Wówczas to Rada Miasta odkupiła klasztor od sióstr klarysek i wybudowała im nieopodal nowy budynek klasztorny do którego przeniosły się zakonnice. Klasztor wybudowano w ciągu jednego roku ponad 700 lat temu, ale renowacje trwały lat prawie 10...... Dopiero w roku 1983 klasztor został otwarty dla zwiedzających.

Szczególnie piękny jest wspomniany trzykondygnacyjny krużganek i ogrody wewnątrz klasztoru. Panuje tutaj całkowity spokój, cień drzew cyprysowych, w jednym z narożników studnia, z której czerpano wodę.

 


Po wschodniej stronie całego kompleksu klasztornego  znajduje się kościół jednonawowy. Kościół Santa Maria to typowe dzieło katalońskiego gotyku – szeroka nawa główna i dość surowe wnętrze. Po prawej stronie, obok prezbiterium, znajduje się grobowiec królowej Elisendy, który ma szczególną cechę: sarkofag jest podzielony na dwie części w ciekawy sposób. Jedna jego część zwrócona w stronę krużganków klasztornych i przedstawia królową jako pogrążoną w żałobie wdowę, część leżąca w kościele przedstawia Elisendę jako królową.

Z kościoła nie ma bezpośredniego dostępu do wnętrza klasztoru, wejście znajduje się kilka metrów od kościoła.
Po prawej stronie od wejścia pierwszą atrakcją jest kaplica Sant Miquel (Capella de Sant Miquel) – to jedno z najciekawszych miejsc w klasztorze. Kaplica udekorowana jest  wspaniałymi freskami autorstwa Ferrera Bassa z 1346 roku, obrazującymi mękę Chrystusa i życie Marii (freski w stylu Giotta).


W kolejnym pomieszczeniu krużganka znajduje się wspomniany grób królowej Elisendy. Na tej ścianie  znajdują się także  kolejne groby przełożonych klasztoru.

Niezwykle wyglądają niewielkie, skromne cele klasztorne, w których mieszkały i modliły się siostry,
Ale klasztor Pedralbes to nie tylko wzniosła sztuka. Jest to miejsce, gdzie można przyjrzeć się i zrozumieć charakter i rytm życia zakonnego – dla zwiedzających otwarte są takie pomieszczenia, jak kuchnia, refektarz, szpital czy wspomniane prywatne cele i dormitoria. W kuchni pozostawiono niektóre sprzęty z lat 70tych ubiegłego wieku, gdy siostry wyprowadzały się z klasztoru.....

Na dolnym tarasie klasztoru zlokalizowany jest magazyn, gdzie gromadzono zbiory z ogródków działkowych, zboża, warzywa, także beczki z winem i wodą. Procuradora, czyli siostra odpowiedzialna za zarządzanie produktami, była odpowiedzialna za gospodarowanie tymi produktami. Tutaj także znajduje się zejście do studni zasilającej klasztor w wodę

W głębi sali znajduje się stała wystawa dwudziestu czterech dioram przedstawiających życie Jezusa, stworzonych i podarowanych przez Associació de Pessebristes z Barcelony.



 Polecam odwiedzenie tego klasztoru - spokojne zwiedzanie bez tłumu turystów.



3. Muzeum Picassa


Od razu można postawić pytanie: Muzeum Picassa? Przecież to muzeum odwiedza każdy, kto przyjeżdża do Barcelony. Oczywiście, że każdy odwiedza to muzeum - pytanie tylko w jakim celu? Z jakimi oczekiwaniami? Z zamiarem zobaczenia jakich obrazów?



Nie jest moim zamiarem opisywanie historii powstania tego muzeum, powstały na ten temat setki opracowań. W opracowaniach tych zwraca się uwagę na emocjonalne związki Picassa z Barceloną, wysiłki Jaume Sabartésa, osobistego sekretarza i bliskiego przyjaciela Picassa, ale także żony artysty Jacqueline i  Rady Miasta Barcelony w organizacji tego muzeum.


Obrazy Picassa można podziwiać także w Paryżu, Berlinie czy Nowym Yorku. Obejrzeć je wszystkie - i niewiele zapamiętać poza kubistycznymi formami i kolorami zlewającymi się w pamięci w jedno nieokreślone dzieło.

Warto więc przed wizytą w muzum barcelońskim postawić sobie pytanie: jakie obrazy warto szczególnie zobaczyć? Które dzieła decydują o oryginalności tej kolekcji?


Kolekcja obrazów zgromadzona w Barcelonie przedstawiona jest w bardzo ciekawy sposób.
Na swój użytek dzielę tę kolekcje obrazów na 4 grupy, które warto oglądać oddzielnie - nawet przez 4 oddzielne dni.

Pierwszy blok tematyczny to oczywiście "wariacje" na temat słynnego obrazu Diego Velazqueza z roku 1656 "Las Meninas". Słynny obraz został poddany Picassowskiej "obróbce", każda z postaci poddana została kubistycznej interpretacji - od postaci malarza, infantki Małgorzaty Teresy, pary królewskiej odbijającej się w lustrze na oryginalnym obrazie czy majordomusa otwierającego drzwi......

Picasso pisał:

"Jeśli ktoś chciałby skopiować Las Meninas, całkowicie w dobrej wierze i gdybym to był ja, to powiedziałbym - a co jeśli przesunie się scenę trochę bardziej w prawo lub w lewo? Spróbuję zrobić to po swojemu, zapominając o Velázquezie. Taka próba przesunięcia sceny z pewnością skłoniłby mnie do modyfikacji lub zmiany światła z powodu zmiany pozycji postaci. Tak więc, krok po kroku, byłby to obrzydliwy Meninas dla tradycyjnego malarza, ale byłby to mój Meninas. ”

Na temat "Las Meninas" nie będę się rozpisywał - istnieje bogata literatura, warto poczytać.

 


Druga grupa obrazów to oczywiście  obrazy kubistyczne, charakterystyczne dla Picassa. Tutaj także jest kilka znakomitych obrazów, o każdym można napisać rozległe eseje.

 

Dla mnie jednak najciekawsze obrazy znajdują się w pozostałych z 2 wydzielonych przez mnie bloków.
Pierwsza grupa obrazów to obrazy wczesne, które powstały na początku kariery twórczej Picassa.
Druga grupa to obrazy powstałe w tzw. "Blue Period".

Mistrz malował swoje obrazy przez blisko 80 lat i nic dziwnego, że zmieniał się jego malarski styl. Fachowcy wyróżniają kilka okresów w jego twórczości: Wczesna Twórczość, Okres Błękitny (Blue Period), Okres Różowy (Rose Period), Okres Afrykański (African), Kubizm, Neoklasycyzm, Surrealizm i wreszcie Późna Twórczość.


Spośród obrazów okresu wczesnego, które malował Picasso jeszcze jako nastolatek zwracają uwagę: "Portret matki" z 1896 roku, "Mężczyzna w berecie" z 1895 roku czy też "Pierwsza Komunia" z 1896 roku, który to obraz był pierwszym, ważnym dziełem w twórczości malarza (zaprezentował go w konkursie na III Wystawie Sztuk Pięknych i Przemysłu Artystycznego w Barcelonie).

Osobiście zwróciłbym uwagę na jeden pastel na papierze z roku 1900 -  "Embrace" co przetłumaczyć można jako "Objęcie" albo "Przytulenie". Wariacje w tym temacie tworzył Picasso przez całe swoje życie - warto spojrzeć na kubistyczne "Embrace III" pokazywanej w Nowym Jorku., na inne pastele z tego okresu, gdzie ten temat powraca w różnych interpretacjach . Pastel wystawiany w Barcelonie jest także bardzo bliski obrazowi olejnemu "Zakochani na ulicy", również z 1900 roku, ponieważ obie prace przedstawiają kobietę i mężczyznę w objęciach  na tle zbocza ulicy Montmartre.

Kobieta i mężczyzna namalowani są centralnie, objęci w uścisku i pocałunku, postaci stapiają się w jedną całość. Scena odbywa się na środku ulicy, w ciemną noc, ciała i twarze kobiety i mężczyzny  zlewają się, a ramiona i dłonie, pozbawione anatomicznych szczegółów, zlewają się ze sobą. Kształt postaci  podkreślony jest intensywnymi kolorami ich ubrań, zwłaszcza pomarańczowy kolor bluzki i zieleń spódnicy kobiety nadaje obrazowi nieco drapieżnego wyrazu. Wszystko wygląda tak, jakby scena uścisku była odizolowana od otoczenia, a miejski pejzaż służy tutaj jako tło głównego zdarzenia.




Obraz podpisany jest "P. Ruiz Picasso" w lewym dolnym rogu i dedykowany "el amigo Bilaró".

W zasadzie samo to dzieło jest tak znakomite, że niepotrzebna byłaby żadna inna opowieść, aby uatrakcyjnić historię jego powstania. A jednak taką historię opisał  Eduardo Vallès, konserwator muzeum i kurator wystawy „Picasso vs. Rusiñol” w roku 2010.
Historia tego odkrycia ma  w zasadzie dwie daty, 2004 i właśnie 2010 rok. Latem 2004 roku podczas wizyty na wystawie obrazów „Od Casas do Picassa" w Muzeum Diecezjalnym w Barcelonie” Valles zobaczył bardzo nietypowy pastel Picassa, wypożyczony ne tę jedynie wystawę z prywatnej kolekcji . Praca miała formę pionowego pasa, długiego i wąskiego (59 x 12,6 cm), na którym można było dostrzec jedynie budynek, nocne niebo i podpis "P.R. Picasso".

Valles opowiada, że przez wiele dni "prześladował" go ten obraz, którego styl od pierwszej chwili wydawał się jemu znajomy. Od początku był przekonany, że jest jeszcze inna część tego obrazu, że wszystko w nim sprawiało wrażenie niekompletnego.

Minęło 6 lat i wiosną 2010 roku, w związku z przygotowaniem wystawy „Picasso vs. Rusiñol”, Valles w rozmowie Ignasim Domènechem, kustoszem muzeum Cau Ferrat w Sitges, dowiedział się o istnieniu nietypowego obrazu Picassa w prywatnej kolekcji, co wzbudziło jego zainteresowanie. Kiedy Valles zapytał o szczegóły dotyczące tego obrazu, usłyszał, że jest to pastel w formie wąskiego, "pionowego pasa".
" Od razu domyśliłem się - mówi Valles - , że może to być praca, którą widziałem w 2004 roku i od razu poprosiłem o możliwość jej obejrzenia tej".

Miesiąc później Valles odwiedził właściciela obrazu i hipoteza została definitywnie potwierdzona. Valles poprosił o możliwość wypożyczenia dzieła na wystawę „Picasso vs. Rusiñol”,właściciel uprzejmie się zgodził i na tej wystawie - po raz pierwszy i jedyny - przypasowano obie części obrazu do siebie i wystawiono jako jedną całość.



Ta "nowa" prezentacja tego obrazu zmieniła zupełnie jego charakter: kompozycyjnie nastąpiło boczne przesunięcie obejmującej się pary z pozycji centralnej, droga w tle dodała głębi oraz dynamizmu przestrzeni dotychczas zdominowanej przez bezruch dwóch postaci, które stapiają się w niemalże rzeźbiarskim stylu.

Obie części są sygnowane, ale zdaniem Vallesa podpis na wąskim pasku jest chronologicznie pierwszy. Praca została prawie na pewno "okaleczona" przez samego artystę lub za jego zgodą, a następnie ponownie podpisana, tym razem z dedykacją dla „Doktora Bilaró”. Niezależnie od okoliczności, wydaje się, że pastel został przycięty bardzo krótko po ukończeniu, ponieważ podpisy są prawie jedno czasowe: pierwszy (P. R. Picasso) pochodzi z jesieni 1900 r., a drugi (P. Ruiz Picasso) powstał nieco później, ale w tym samym roku lub najpóźniej w 1901 roku, w którym malarz zaczął podpisywać się jako Picasso.

Niestety, barceloński  "The Embrace" tylko raz został pokazany w tej "całościowej", pierwotnej  formie. 5 września 2010 roku, po zamknięciu wystawy „Picasso vs. Rusiñol”, wąska kawałek obrazu, ("listwa") powrócił do prywatnej kolekcji, z której pochodzi a obraz w Barcelonie musimy podziwiać w postaci takiej, jakiej jest.


Druga grupa obrazów Picassa w Muzeum w Barcelonie warta szczególnej uwagi  to obrazy z "okresu niebieskiego". Przyjmuje się, że "Blue Period" to okres twórczości Picassa między 1900 a 1904 rokiem. Toczą się spory co do początku tego okresu,  mógł on się zacząć jeszcze w Hiszpanii wiosną 1901 roku lub dopiero  w Paryżu, w drugiej połowie roku. Wskazuje się wpływ śmierci przyjaciela, Carlosa Casagemasa, który odebrał sobie życie w kawiarni "L'Hippodrome" w Paryżu we Francji 17 lutego 1901 roku na charakter obrazów z tego okresu.
Picasso zamieszkał w Paryżu w tym samym studio, w którym mieszkał Casagemas.

W Okresie Niebieskim Picasso malował w zasadzie obrazy monochromatyczne w odcieniach błękitu i koloru niebieskozielonego, tylko sporadycznie ocieplane innymi kolorami. Te dość ponure prace, malowane głównie w Paryżu, są obecnie jednymi z jego najbardziej docenianych dzieł, chociaż w momencie ich powstawania Picasso miał trudności z ich  sprzedażą.

Jak wspominał Olivier Sainsière, Picasso odwiedzał wówczas  więzienie dla kobiet i szpital chorób wenerycznych w Saint-Lazare, położony w pobliżu Montmartre, aby szukać inspiracji dla swoich obrazów.


Jednym z obrazów tego okresu jest "Kobieta w czepku" ("Kobieta w bonecie") z roku 1901. Czepek (bonet) to bardzo popularne wówczas nakrycie głowy noszone przez kobiety. Obraz nawiązuje do stylu znanego z obrazów El Greco oraz Gauguina.

 


Polecam oglądać obrazy Picassa w Barcelonie właśnie w takich tematycznych cyklach. Na pewno łatwej będzie wtedy te obrazy zapamiętać i zwrócić uwagę na tę, które szczególnie przypadły nam do gustu.


4. Muzeum Joana Miró



Muzeum, a zarazem Fundacja Joana Miró, zostały zorganizowane przez samego artystę i otwarte dla publiczności 10 czerwca 1975 roku. Głównym założeniem było stworzenie miejsca do wystawiania prac Miro z jego prywatnej kolekcji oraz centrum stypendialnego Miró i miejsca  wystawienniczego dla innych dzieł sztuki współczesnej.

Muzeum, oprócz stałej ekspozycji obrazów Miro, organizuje regularnie wystawy prac innych malarzy - np. obecnie, w październiku 2022 obrazów Paula Klee.
Muzeum znajduje się w budynku zaprojektowanym przez Josepa Lluísa Serta i zlokalizowane jest na wzgórzu Montjuic. Najłatwiej dostać się tutaj kolejką ze stacji metra Paralel, która dowiezie nas pod same drzwi muzeum. Można oczywiście także wjechać kolejką linową na  Montjuic lub wspinać się na nie od strony centrum, szczególnie wtedy, gdy chcemy pochodzić po całym wzgórzu i zwiedzić np. zamek lub Stadion Olimpijski. Do muzeum Miro dostać można się także autobusem 110 z Placu Espanya, który to autobus objeżdża wszystkie miejsca na wzgórzu warte zobaczenia.



O surrealistycznych  obrazach Miro pisałem już w swojej notatce z Wiednia. W muzeum w Barcelonie można obejrzeć kilka najlepszych, klasycznych prac malarza w tym stylu.


Podobnie jak w przypadku Picassa chciałbym jednak zwrócić uwag na nietypowe prace artysty - nie w surrealistycznym stylu -  które warte są zapamiętania po wizycie w tym muzeum.

Jedną z nich jest piękna praca olejna w stylu fowistycznym z roku 1919: "Portret młodej dziewczynki".

 

 

Warto pamiętać, że Miro nie tylko malował, ale i rzeźbił. W muzeum znajduje się kilka jego rzeźb, w tym jedna z najciekawszych moim zdaniem : wykonany w brązie "Gimnastyk" z roku 1977

 

 

 

Barcelona warta jest odwiedzin, ale zdecydowanie poza sezonem wakacyjnym. Nawet w październiku i listopadzie pogoda jest tutaj bardzo sprzyjająca długim spacerom i zwiedzaniu, temperatura na zewnątrz ponad 20 stopni, praktycznie bez deszczu.

Napisze kiedyś jeszcze o barcelońskim jedzeniu i restauracjach - chociaż o tym można by pisać bez końca.......


28 października 2022 

 

 

 

←02. Hiszpania: Park Narodowy Donana 

 

 

 Barcelona, Picasso, Miro, Lewandowski, Pedralbes, malarstwo, Mares, muzeu

06. Irlandia: Ring of Kerry - Killarney

Jest wiele miejsc w Irlandii wartych odwiedzenia, z widokami zapierającymi dech w piersiach, świetnych do wędrówki i aktywnego odpoczynku. Jednym z najciekawszych i najbardziej znanych jest „Ring of Kerry” – piękny, widokowy szlak turystyczny na południowym zachodzie Irlandii (w prowincji Munster) liczący około 200 km i biegnący po drogach półwyspu Iveragh. Na mapie mozna wykreślić ten szlak rozpoczynając od Killarney wzdłuż drogi N71 do Kenmare, potem dalej drogą N70 do Killorgin - mijając Sneem, Watervile, Glenbeigh - i powrócić N72 do Killarney.

 


 

Na szlaku tym znajduje się tak wiele  atrakcji, że co roku przyciąga on setki tysięcy turystów. Z jednej strony szlak ten biegnie wzdłuż naturalnych klifów wybrzeża Oceanu Atlantyckiego, z drugiej znajduje się tutaj wiele jezior polodowcowych, które wciskają się pomiędzy grzbiety górskie. To tutaj znajduje się Park Narodowy Killarney, pełen świetnych miejsc do wędrówki, punktów widokowych, jezior i wodospadów oraz miejsc do obserwacji ptaków. To tutaj zobaczyć można i obserwować gatunek jelenia czerwonego czy też natknąć się na orła bielika. Małe irlandzkie miasteczka i wioski rybackie dopełniają całości krajobrazu, czy to większe i zatłoczone jak Killarney czy też mniejsze porty rybackie jak Portamagee.

Jako „bazę wypadową” naszego zwiedzania tej części Irlandii wybraliśmy Killarney. Tak zresztą postępuje wielu turystów planujących objechać Ring of Kerry.

Przyjechaliśmy tam na początku maja i zatrzymaliśmy sie w jednym z najlepszych hoteli w tej okolicy – Lake Hotel.  Hotel Lake leży na obrzeżach Killarney w przepięknej i spokojnej okolicy,  nad największym z tutejszych jezior - jeziorem Leane. Bez przesady można powiedzieć, że to jeden z najlepszych hoteli w tej okolicy. Należy od ponad 80 lat do rodziny Hugard, która kupiła i rozbudowała stojący na brzegach jeziora Killarney hotelik w roku 1940 i z czasem przekształciła w 4 gwiazdkowy kompleks.

 

Maj to bardzo dobra pora na zwiedzanie Kerry. Nie ma tutaj jeszcze zbyt wielu turystów, można także liczyć na dobrą pogodę, chociaż pogody nie da się tutaj przewidzieć – dane statystyczne mówią, że w ciągu roku jest tutaj ponad 250 dni z opadami deszczu...... . Killarney w sezonie to trochę jak nasze Zakopane – zatłoczone, pełne różnych pseudoatrakcji, ale za to świetne miejsce wypadowe do zwiedzania okolicy.

Bogata historia miasta wskazuje na szczególnie szybki jego rozwój od VII wieku n.e jako miejsca osadnictwa chrześcijańskiego. Jedna z pierwszych osad powstała na wyspie Innisfallen znajdującej na środku  jeziora Leane. Na wyspie znajdują się ruiny jednego z najstarszych i największych  klasztorów - Innisfallen Abbey - zbudowanego  w roku 640 n.e przez mnichów, którzy przybyli tutaj pod przewodnictwem Świętego Finiana, znanego później w historii z przydomkiem "trędowaty", bowiem chorował krótko na trąd (Saint Finian Lobhar). Był on uczniem Kolumbana, praktykował bardzo wstrzemięźliwy sposób życia m.in. dietę wegetariańską. Po zbudowaniu klasztoru Innisfallen opuścił wyspę i został przeorem klasztoru Swords Abbey niedaleko Dublina, a swoje ostatnie lata życia spędził w klasztorze w Clonmore.

Mnisi zamieszkiwali klasztor Innisfallen przez ponad 950 lat i zostali z niego dosłownie wyrzuceni dekretem królowej Elżbiety I z 18 sierpnia 1594 roku. Klasztor przez kilka wieków był miejscem edukacji i medytacji. Tradycja głosi, że specyfika tego miejsca nadała nazwę jeziora: " Lake Leane" w tłumaczeniu oznacza "Jezioro Nauki".

To tutaj powstały słynne księgi Annals of Innisfallen, które opisują historię ówczesnej, średniowiecznej Irlandii. Manuskrypt obejmuje lata 422-1450. Obecnie manuskrypt znajduje się w Bibliotece Bodlejańskiej (Bodleian Library) w Oxfordzie. Jednym z głównych mnichów i myślicieli zaangażowanych w dzieło tworzenia Annals of Innisfallen był Maelsuthain O'Carroll, którego postać jako naukowca i uczonego ceniona jest w historii Irlandii.  Historia mówi, że pod jego kierunkiem naukę w klasztorze zdobywał  m.in. Brian Śmiały, król prowincji Munster a później (w roku 1002) król całej Irlandii.

Zanim ruszymy wgłąb Ring of Kerry, warto zwiedzić i zobaczyć kilka miejsc w pobliżu Killarney.

Muckross Abbey to klasztor zbudowany w roku 1448 przez Franciszkanów, a ściślej mówiąc przez ich autonomiczny odłam zwany Obserwantami. Jak wiadomo, Zakon Braci Mniejszych, popularnie zwanych franciszkanami, został założony przez Św. Franciszka z Asyżu w roku 1209. Od momentu założenia w zakonie zaczęły się wyodrębniać autonomiczne grupy różniące sie regułami zakonnymi. Podziały te usankcjonowane zostały w roku 1517, gdy  zakon został podzielony na Zakon Braci Mniejszych Konwentualnych oraz Zakon Braci Mniejszych, zwanych Obserwantami.
Od samego początku Muckross Abbey miał bardzo dramatyczną historię, w ciągu pierwszych kilkudziesięciu lat od założenia był wielokrotnie  niszczony i rabowany. Ostateczny cios zadał klasztorowi Oliver Cromwell, a ściślej mówiąc wojska jego sukcesora, Lorda Edmunda Ludlowa. Cromwell dowodził inwazją Irlandii od roku 1649, ale w czerwcu roku 1650 wrócił do Londynu a Ludlowa mianował dowódcą dalszych kampanii wojennych w Irlandii (tzw. Inwazja Parlamentarna). Klasztor został zniszczony i spalony w roku 1654. Nigdy już nie został w pełni odbudowany, jedynie jego cmentarz służył za miejsce lokalnego pochówku, znajdują się tu groby znanych XVII i XVIII wiecznych poetów z regionu Kerry - O’Donoghue, Ó Rathaillea oraz Ó Súilleabháina.

                                                                             Muckross Abbey
                                                                                






Droga do Muckross Abbey biegnie przez las, ruiny tak jak i cmentarz są bardzo dobrze zachowane, wejście jest darmowe.

Tereny wokół opactwa należały w XVIII wieku do rodziny McCarthy, także leżący w pobliżu zamek Castlelough, który wznosił się na terenie dzisiejszego Lake Hotel (pozostałości wieży zamkowej znajdują się na brzegu jeziora tuż przy hotelu). W roku  1770 tereny wokół Muckross Abbey wykupiła rodzina Herbert.

Rodzina Herbert swoją zamożność zawdzięczała kopalniom miedzi, którą wydobywano w tej okolicy. Bardzo aktywnie uczestniczyli oni w życiu lokalnej społeczności.
Główną ich rezydencją stał się Muckrosss House, którego budowę rozpoczął Thomas Herbert pod koniec XVIII wieku a ukończył w roku 1843 jego wnuk Henry Artur Herbert i jego żona, malarka Mary Balfour Herbert.

Muckross House to pięknie zaplanowana rezydencja z otaczającym ogrodem warta  odwiedzin. Położona jest na niewielkim wzniesieniu nad brzegiem jeziora, ogród i tereny spacerowe wokół posiadłości zajmują ponad 4 tysiące hektarów.

                                                                                Muckross House

 

 

Rodzina Herbert popadła w kłopoty finansowe pod koniec XIX wieku. W roku 1899 cała posiadłość została sprzedana Lordowi Ardiluan, członkowi rodziny Guinness. W roku 1911 Muckross House został z kolei sprzedany Williamowi Bourne, pochodzącemu z Kalifornii, a on podarował posiadłość w prezencie ślubnym swojej córce, Maud. Cała rezydencja wraz z ogrodami zostały przez nią bardzo gustownie rozbudowane. Maud zmarła w roku 1929 i zapisała całą posiadłość pod opiekę Państwa..... I jak to zazwyczaj bywa z "państwową" własnością zaczęła ona popadać w ruinę i została zamknięta na głucho.

Frustrowało to lokalną społeczność, dlatego w roku 1964 zawiązano w Killarney stowarzyszenie Trustees of Muckross House (Killarney) Limited, które zaczęło pozyskiwać fundusze na restaurację i ponowne otwarcie posiadłości. Udało sie zachować charakter rezydencji, zachowano także w całości oryginalne umeblowanie. Ogrody wokół Muckross robią wrażenie, zwłaszcza Arboretum bogate jest w gatunki rzadkich, często orientalnych gatunków drzew. Spędziliśmy tam kilka godzin, turystów było niewielu.

 

Kolejne miejsce warte zobaczenia i leżące o rzut kamieniem od Killarney to Ross Castle. Zbudowany został pod koniec XV wieku przez lokalną rodzinę O'Donoghues Mor. W czasie tzw. Desmonds Rebelion właścicielem zamku została rodzina Mac Carty. Bunty Desmondów były to bunty wzniecone przez księcia Earl of Desmond, głowy dynastii Fitzmaurice w Munster, oraz jego zwolenników, Geraldynów i ich sojuszników, przeciwko groźbie rozszerzenia wpływów  południowo walijskiej rodziny Tewdwr (spokrewnionej z królową Elżbietą) na Irlandię. Powstania były motywowane przede wszystkim chęcią utrzymania niezależności feudalnych panów od ich monarchy, ale miały też element religijnego antagonizmu między katolickimi Geraldynami a protestanckim państwem angielskim. Ich kulminacją było zniszczenie dynastii Desmondów i  kolonizacja Munster przez angielskich protestanckich osadników.

W XVII zamek był jedną z ostatnich twierdz bronionych przed inwazją wojsk Olivera Cromwella podczas irlandzkiej wojny konfederackiej (Wojna Jedenastoletnia 1641-1653) i został zdobyty dopiero przez armię 4000 żołnierzy generała Ludlowa przy silnym wsparciu artylerii. Ludlow zdobył zamek od strony wody - legenda mówiła, że Ross Castle nigdy nie zostanie zdobyty dopóki oktety wojenne nie pojawią się na wodzie. Widok łodzi angielskich wywołał panikę wśród obrońców zamku i spowodował jego poddanie.

Zamek należał później do rodziny Brownes, która musiała uciekać z tej okolicy w roku 1688 wraz z upadkiem tronu Jakuba II, ostatniego katolickiego króla Anglii, którego popierali - jak wiadomo władzę przejął w Anglii Wilhelm Orański a powstanie w Irlandii upadło po przegranej bitwie nad rzeką Boyne.. Zamek stał się później miejscem kwaterunku żołnierzy a w ciągu następnych lat popadał w ruinę.

Zamek ma budowę typową dla warowni irlandzkich budowanych w średniowieczu. Wieża ma  kwadratowe bartyzany (wieżyczki) na ukośnie przeciwległych narożach i gruby mur końcowy. Wieża była pierwotnie otoczona kwadratowym murem, bronionym na każdym końcu okrągłymi narożnymi wieżami.

                                                                                Ross Castle


Co jeszcze leży w pobliżu Killarney i warte jest zobaczenia? Około 7 km od miasta znajduje się wodospad Torc - bardzo efektownie położony na rzece biegnącej wzdłuż trasy widokowej. Trasa zaczyna się od wygodnego parkingu - kilkakrotnie przemierzaliśmy popołudniami tę trasę do wodospadu w czasie naszego pobytu w Killarney. Oczywiście można podjechać tam samochodem - ale można także w centrum Killarney albo przy Muckross House wynająć "jaunting car" czyli jednokonną dwukółkę, od wieków używaną w Irlandii. 

                                                                                      Torc Waterfall



 

Jeszcze lepszym miejscem do wędrówek w okolicach Killarney jest Gap of Dunloe  (z irlandzkiego: Dún Lóich, co znaczy „twierdza Lóicha”, inaczej znana jako Bearna an Choimín) -  to wąska dolina pomiędzy Macgillycuddy's Reeks (zachód) i Purpurową Górą (wschód) liczącą około 11 km długości  z północy na południe. Trasa zaczyna się na dużym, wygodnym parkingu przy restauracji Kate Kearneys Cottage. Stąd wyruszyliśmy na szlak - i jest to rzeczywiście miejsce warte wysiłku. Napisałem wysiłku - bowiem trasa kończy się po około 11 kilometrach przy pubie Lord Brandon's Cottage (dobre miejsce na kufel piwa) i stąd można skorzystać z przeprawy łodzią do Ross Castle i stamtąd podjechać do parkingu - albo wracać z powrotem piechotą 11 kilometrów. My "zrobiliśmy" całą trasę piechotą - i było warto.  Trasa jest znana ze spektakularnych widoków, była miejscem produkcji kilku filmów (m.in. "On Horseback Through the gap of Dunloe"). W roku 1860 dolinę odwiedziła królowa Victoria. Na trasie znajduje się pięć jezior: Coosaun Lough, Black Lake, Cushnavally Lake, Auger Lake i Black Lough (z północy na południe). Jeziora te połączone są rzeką Loe. Pomiędzy pierwszymi dwoma jeziorami znajduje się stary most łukowy zwany „mostem życzeń”, nazwany tak, ponieważ mówi się, że życzenia złożone na nim mają się spełnić.

Poniżej kilka zdjęć z tej spektakularnej doliny:

 





 

 

Killarney to dobry punkt wypadowy do dalszych wypraw w głąb Ring of Kerry. Warto pamiętać, że pogoda bywa tutaj zmienna a statystyki podają średnio 250 dni z opadami deszczu w ciągu roku........

 


31 października 2021

 

 

 

 

  Irlandia, Killarney, Ring of Kerry, Gap of Dunloe, Ross Castle, Muckross, Abbey, House, Jaunting

 

←05. Irlandia: półwysep Inishowen 

 

 

 

 

 

 

 

10. Izrael: jerozolimskie restauracje

Jerozolima to nie tylko Święte Miasto pełne miejsc wartych zwiedzania, modlenia się, przeżywania i podziwiania. Jerozolima to także tętniące życiem 800 tysięczne miasto w którym toczy się normalne życie, funkcjonują teatry, uniwersytety, dyskoteki i restauracje. W końcu planowanie naszego pobytu tutaj nie może się ograniczać jedynie do pośpiesznego zwiedzania wszystkich „obowiązkowych” do zobaczenia miejsc. Potrzebny jest czas na relaks, na odpoczynek, na chwilę zadumy i oddechu. Potrzebny jest także czas na jedzenie i smakowanie tutejszej kuchni.

W czasie naszych pobytów w Jerozolimie mieliśmy okazję biesiadować w bardzo różnych miejscach. Mieliśmy możliwość skosztowania oryginalnych potraw przygotowywanych według receptur pochodzących z różnych rejonów całego świata. Były to  miejsca i restauracje z typową, bliskowschodnią kuchnią, często rodzinne i serwujące bardzo tanie potrawy spożywane "w biegu", w przerwie pomiędzy zwiedzaniem różnych miejsc w Jerozolimie. Były to także restauracje bardzo eleganckie, uznane w przewodnikach kulinarnych po Jerozolimie, gdzie miejsca trzeba rezerwować z wyprzedzeniem i które słyną z oryginalności podawanych potraw. Mieliśmy okazję biesiadować w kilku takich uznanych restauracjach i wydaje mi się, że warte są one poświęcenia kilku słów w Zeszycie.
 

Nie jest moim zamiarem opisywanie tutaj specyfiki kuchni Bliskiego Wschodu. Napisano o tym tomy książek, w sieci można znaleźć niezliczoną ilość blogów kulinarnych poświęconych specyfice i smakom tej kuchni. Można znaleźć przepisy potraw, opisy produktów, smaków i wrażeń z konsumpcji falafeli, kebabów, humusu, miętowych sałatek tabbouleh czy też bab ganoush. To przebogata kuchnia, o tradycji sięgającej kilku tysięcy lat wstecz. O samych rodzajach przypraw i sposobach ich używania napisano opasłe poradniki, przepisy na przygotowywanie wielu potraw przekazywane są z pokolenia na pokolenie a szefowie kuchni zachowują w tajemnicy tajniki przyrządzania swoich potraw. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało to w Jerozolimie także tradycje kulinarne, podobnie jak religijne, mieszają się ze sobą i można tutaj posmakować potraw ze wszystkich stron świata. Pojęcie „kuchni Bliskiego Wschodu” obejmuje bowiem potrawy mające swoje historyczne korzenie w kuchni żydowskiej, libańskiej, tureckiej, palestyńskiej czy irańskiej. Przepisy potraw przenikają się dzisiaj wzajemnie, ale ich pierwowzory powstawały w różnych regionach Bliskiego Wschodu. Tradycyjny przepis na słodką, pistacjową baklawę pochodzi z czasów imperium otomańskiego, ale pretensję do jej pochodzenia wypowiadają także Grecy (ciasto serowe tiropita). Istnieją także przepisy przygotowywania tego ciasta sięgające czasów rzymskich (II wieku przed Chrystusem), które podają sposób przygotowania ciasta podobnego do baklawy (Placenta cake), składającego się z kilku warstw przekładanych różnymi rodzajami sera, miodu i liścia laurowego.
Podobne dyskusje trwają na temat pochodzenia niemal każdej z potraw, nie wyłączając słynnej przyprawy zatar - mieszanki na bazie tymianku, majeranku, oregano, prażonych ziaren sezamu i sumaku. Różnice w smaku tej przyprawy wynikają z proporcji składników tej mieszanki, o jej smaku decydują także np. odmiany używanego do jej przyrządzania tymianku.

Kuchnia żydowska cechuje się mnogością zimnych przekąsek. Wynika to z konieczności przygotowywania wielu dań przed szabatem, w czasie którego nie wolno gotować. Mówienie dzisiaj o kuchni „żydowskiej” musi uwzględniać wpływy innych kultur i ich historię. Często wyróżnia się w kuchni żydowskiej trzy jej nurty: kuchnię żydów z Bliskiego Wschodu, gdzie widać znaczny wpływ kuchni arabskiej, kuchnię żydów sefardyjskich czyli Żydów zamieszkującym obszar Półwyspu Iberyjskiego oraz kuchnię żydów aszkenazyjskich, gdzie odnaleźć można wiele cech kuchni polskiej, rosyjskiej i niemieckiej (kto nie zna karpia po żydowsku.....).
Oddzielnym problemem jedzenia w Izraelu i Jerozolimie jest problem koszerności. Zasady i reguły koszerności doczekały się także wielu opracowań i nie jest moim celem tutaj ich analizowanie. Koszerność ma dla Żydów kolosalne znaczenie przy ocenianiu i rekomendacjach poszczególnych restauracji. Ja Żydem nie jestem, więc dla mnie problem ten praktycznie nie miał znaczenia przy kierowaniu się wyborem restauracji. Z drugiej strony w restauracjach koszernych przygotowuje się najczęściej potrawy według bardzo rygorystycznych przepisów kulinarnych nie zmienianych od wieków, stąd warto w takich restauracjach biesiadować.

Napiszę o kilku jerozolimskich restauracjach, które poznałem i które uważam za wyjątkowe i warte „zaliczenia”. Restauracji, barów i jadłodajni jest w Jerozolimie niezliczona ilość i każdy znajdzie coś dla siebie niezależnie od kryteriów dokonywanych wyborów. Mój opis to nie jest żaden przewodnik, ani reklama tych restauracji - ot, po prostu subiektywne wrażenia z udanych kolacji za które musieliśmy sami zapłacić. Jeżeli zaś mowa o płaceniu, to od razu powiem, że restauracje które opiszę to raczej miejsca, gdzie trzeba dość drogo zapłacić za udaną kolację......

Jedna z najlepszych pod względem kulinarnym to niewątpliwie restauracja Eucalyptus, koszerna, szeroko opisywana i rekomendowana w wielu przewodnikach kulinarnych. Często określana jest „restauracją na specjalne okazje” i Żydzi przyjeżdżający do Jerozolimy z całego świata rezerwują tutaj stoliki, aby celebrować rodzinne uroczystości. My celebrowaliśmy tutaj urodziny mojej mamy.
Restauracja zlokalizowana jest poza murami Starego Miasta, w tzw. zaułku sztuki, w którym swoje miejsce znalazły także galerie sztuki, studia fotograficzne i mniejsze kafejki. Niskie, niczym specjalnym nie wyróżniające się budynki. Późnym wieczorem schodziliśmy wzdłuż murów od Jaffa Gate, aby po krótkim spacerze wejść do restauracji i zająć miejsce przy stole. Stolik trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Gdy weszliśmy, zajętych było kilka stolików, jednak zaraz po naszym przyjściu restauracja zapełniała się powoli.

                                                                                             Eucalyptus



Z czego słynie Eucalyptus? - przede wszystkim z serwowania potraw opartych o składniki i przyprawy opisywane w Biblii. Jej szef, Moshe Basson zbudował swoje receptury i pomysły na potrawy właśnie w oparciu o składniki opisywane na stronach Biblii. Basson nauczył się gotować od swojej matki i dziadków, którzy prowadzili niewielką restaurację w okolicy, w której dorastał. Jego rodzina pochodzi z Iraku. Jako młody chłopak podglądał i smakował potrawy kuchni arabskiej.
Eucalyptus został otwarty w 1960 roku tuż za murami starego miasta. Basson świętował Tu b’Shehvat - czyli Święto Sadzenia Drzew, sadząc małe drzewo eukaliptusowe na podwórku swoich rodziców, od którego pochodzi nazwa restauracji. Drzewo i restauracja powoli się rozrastały, a Moshe Basson przejął rodzinny biznes prawie 30 lat temu.
Basson jest postacią bardzo szanowaną w świecie jerozolimskich restauratorów. Udziela wielu wywiadów, napisał kilka książek, istnieje wiele publikacji dotyczących jego działalności. Prowadził wykłady i lekcje na całym świecie, a kultura i dziedzictwo jego rodziny, które sięga wieków wstecz jest samo w sobie dobrą lekcją historii. W jego kuchni widać wszystko, co najlepsze w kuchni śródziemnomorskiej. Szereg lat spędził Basson we Włoszech, opracował recepturę swojego pesto. Za wprowadzenie elementów z kuchni włoskiej do swoich receptur i propagowanie „włoskich” smaków został Basson odznaczony Orderem „ Cavaliere del Lavoro”, ustanowionym w roku 1923 przez króla Wiktora Emanuela. Wygrywał wiele konkursów kulinarnych, w tym dwukrotnie konkurs na najlepszą potrawę z kaszy kuskus w San Vito lo Capo.
Eucalyptus jest odbiciem pomysłów i umiejętności Bassona, a jego pasja widoczna jest w serwowanych tutaj potrawach i jest rzeczywiście jedyna w swoim rodzaju. Każda z potraw ma swoją historię i na dobrą sprawę o każdej z nich można by napisać małą rozprawkę. Basson często bywa w swojej restauracji, sam przygotowuje potrawy i serwując je, opowiada ich historię. Każdy z kelnerów może udzielić także wyczerpującego opisu każdej z pozycji restauracyjnego menu.
Nas obsługiwała kelnerka z amerykańskim akcentem, Holenderka z pochodzenia, która spędziła kilkanaście lat w USA. Każdemu z podawanych dań poświęciła kilka słów opisu - my także poczytaliśmy o niektórych serwowanych tutaj potrawach przed decyzją rezerwacji stolika w Eucalyptusie.
Najlepszym wyborem jest zamówienie jednego z 3 zestawów degustacyjnych proponowanych w karcie. Zestaw degustacyjny to zawsze wizytówka szefa kuchni, który przygotowując zestaw mniejszych porcji, zyskuje możliwość zaprezentowania większości swoich potraw i sposobu ich przygotowywania. Zestawy różnią się między sobą ilością potraw - i oczywiście ceną. My zdecydowaliśmy się na „środkowy”, jedenasto-daniowy zestaw nazwany „Kings and Prophets”. Pozostałe dwa to mniejszy, siedmio-daniowy „King David” oraz większy, piętnasto-daniowy „Shir Hashrim”. Nazwy i zestaw potraw ulegają co pewien czas pewnym modyfikacjom, zmieniany jest zestaw dań i cena - warto sprawdzić akytualne menu na stronie restauracji. Do każdego z tych zestawów dobrać można odpowiednie wino. My zamówiliśmy lokalne Wadi Ketlav z winnic Wyżyny Judzkiej - mieszankę Cabernet Sauvignon, Merlot, Petit Verdot i Shiraz.

W Eucalyptusie ceny są wysokie, przygotujcie się na otwarcie swoich portfeli...... Często zadawane jest pytanie, czy warto płacić tak dużo za posiłek, choćby w najbardziej uznawanej restauracji? Dotyczy to także wyrafinowanych restauracji z gwiazdkami Michelin. Odpowiedzi każdy musi sobie udzielić sam. Nam zdarzało się biesiadować w wielu restauracjach Michelinowskich na całym świecie, traktujemy to zazwyczaj jako jedną z przygód i niespodzianek oraz jako wydarzenie na specjalną okazję. Wydaje mi się, że takie podejście jest najbardziej rozsądne. Opinie, że w tego typu restauracjach podawane są potrawy, które można zjeść niemal za darmo w innych miejscach, że „porcje są za małe” albo „jest stanowczo za drogo” można sobie darować. Ostatecznie zawsze istnieje możliwość wyboru a w Jerozolimie stołować się można w niezliczonej ilości miejsc i spróbować potraw i smaków z całego świata - każdy znajdzie coś dla siebie.
Naszą kolację w Eucalyptusie  rozpoczęliśmy od zestawu rożnych past i dipów a także pesto podawanych z wypiekanym tutaj własnym chlebem oraz kawałkami focacci - czyli drożdżowego pieczywa popularnego we Włoszech, wypiekanego z dodatkiem szałwii i rozmarynu. Rodzice Bassona byli piekarzami, właścicielami piekarni w Beit Safafa oraz w Jordanii, stąd chleb wypiekany jest tutaj według własnej receptury.
Także pesto, jak wspomniałem, przygotowywane jest tutaj według własnego pomysłu. Przygotowanie dobrego pesto to prawdziwa sztuka i znaleźć można dziesiątki przepisów na jego przygotowanie. Pamiętam jak przed ponad 20 laty przywoziliśmy z Toskanii orzeszki piniowe (czyli sosnowe), ucieraliśmy je z innymi składnikami i próbowaliśmy przygotowywać nasze własne pesto. Dobór i proporcje składników mają istotne znaczenie, aby uzyskać powtarzalny smak i konsystencję, która nam najbardziej odpowiada. Zawsze mieliśmy problem z powtarzalnością smaku.
W Eucalyptusie pesto przygotowywane jest według przepisu Bassona, z prażonych orzeszków sosnowych zmieszanych z hyzopem. Hyzop to roślina biblijna („Pokrop mnie hyzopem a stanę się czysty”), znana także w medycynie starożytnej - zgodnie z założeniem serwowania w Eucalyptusie potraw opartych o tradycję biblijną musiał tutaj znaleźć zastosowanie . Hipokrates stosował hyzop na zapalenie oskrzeli, pije się hyzop w postaci herbaty, dodaje jako zioło do kąpieli a także jako składnik likierów i nalewek. Ma nieco gorzki, ostry, anyżkowy smak i trzeba go stosować z umiarem. Pesto podawane w Eucalyptusie miało lekko anyżkowy posmak.

Oprócz pesto zaserwowaną nam pastę z kolendrą oraz pastę sezamową (tahini albo tehina). Tehina to pasta także opisywana w Biblii, znana jeszcze od czasów Herodota. Nasiona sezamu są lekko podprażane, co dodaje im mocniejszego aromatu.
Obok podano nam szereg sałatek, z których najbardziej ciekawą w smaku był tabbouleh - czyli sałatka przygotowywana ze zmieszania pszenicznej kaszy bulgur, świeżej mięty, cebuli, pomidorów, pietruszki i oliwy z oliwek.
Kasza bulgur wytwarzana jest z twardej, makaronowej pszenicy (durum) i jest bardzo popularna na Bliskim Wschodzie. Najważniejsze są proporcje tych składników.
Tabbouleh to kolejna potrawa opisywana w Starym Testamencie. Znana była jednak już kilka tysięcy lat temu, pochodzi z górskich obszarów Libanu i znana była wśród tamtejszych społeczności jako bardzo pożywna przekąska.
Specjalną sałatką była hubeiza - czyli ślaz, to roślina znana w kuchni arabskiej i palestyńskiej. Smakuje trochę jak szpinak. Oczywiście także wymieniana w Biblii - w Księdze Hioba („Czy miła potrawa bez soli, a ślaz czy w smaku przyjemny ? Dotknąć się tego nie ważę, są niby chleb nieczysty"). Przede wszystkim jednak jej historia sięga oblężenia Jerozolimy przez Tytusa i panującego w Jerozolimie głodu - hubeiza była wówczas główną potrawą dla okupowanych i głodujących mieszkańców.
Następnie skosztowaliśmy zestawu małych porcji trzech różnych zup: zupy z soczewicy, zupy z karczochów i oryginalnie przyprawionej zupy pomidorowej. Soczewica jest rośliną uprawianą i wykorzystywaną w kuchni bliskowschodniej od kilku tysięcy lat. W Biblii wspominana jest kilkakrotnie - m.in. historia Ezawa (ulubionego syna Izaaka), który sprzedaje swojemu bratu Jakubowi prawo swojego pierworództwa za miskę soczewicy.
Kolejną potrawą, która nam podano był pieczony i częściowo wędzony bakłażan (oberżyna) nadziewany mięsem i polewany sosem aioli (czyli sosem czosnkowym). Bakłażan znany jest w kuchni chińskiej i indyjskiej od kilku tysięcy lat, do Europy przywędrował wraz z ekspansją muzułmańską w Hiszpanii w VIII wieku. Łagodny klimat Hiszpanii sprzyjał ich uprawie. Jeden z najsłynniejszych ówczesnych ogrodników i rolników, Ibn Al Awwam, w swojej obszernej książce na temat rolnictwa doradzał, jak uprawiać bakłażany.
Zestaw kolejnych, "nadziewanych" potraw był zresztą bogatszy - skosztowaliśmy faszerowane mięsem liście winogron (yebra) oraz słodkie figi nadziewane kurczakiem w sosie śliwkowo-tamaryndowym. Tamarynd to owoce tamaryndowca indyjskiego, drzewa pochodzącego z Madagaskaru. Owoce w kształcie strąków, jadalny miąższ ma słodko-kwaśny smak i jest wykorzystywany m.in. do różnych sosów i napojów, także do produkcji oleju. Warto wiedzieć, że tamarynd jest jednym ze składników używanych powszechnie sosów Worcestershire.

Kelnerka opowiadała nam kilka słów o każdej potrawie, potrawy napływały jedna po drugiej i chociaż porcje nie był olbrzymie to "napełnialiśmy" się powoli. Następnie podano nam kofta - czyli grilowane kulki z mięsa jagnięcego polewane sosem z okry. Okra to warzywo strączkowe, białe nasiona są jadalne i mają smak podobny do cukinii. Jadalne są także liście, które dodaje się do sałatek.



Potrawą z której słynie Eucalyptus i która jest jego wizytówką jest Maklouba - skomponowana z kurczaka, ryżu i ziemniaków z dodatkiem różnych ziół i rożnych warzyw. Słowo "maklouba" z arabskiego znaczy "góra- dół" i oddaje sposób podawania tej potrawy. Przed podaniem na stół odwraca się naczynie z makloubą do góry nogami, tak, aby kurczak znajdujący się podczas gotowania na dnie znalazł się na górze. Danie podawane jest często przez samego Bassona, gdy znajduje się w swoim lokalu. Przygotowywane jest wówczas w ogromnym naczyniu i podawane dla wszystkich gości w lokalu. Towarzyszy temu specjalny ceremoniał angażujący wszystkich gości, odwracaniu naczynia z makloubą towarzyszy wypowiadanie specjalnych życzeń, opowiadanie anegdot i dowcipów.
Nam makloubę zaserwowano indywidualnie, w mniejszych naczyniach. Niewątpliwie jej specyficzny smak wynika z proporcji dodanych ziół i warzyw. Także mieszanka kurczaka z ryżem i ziemniakami stanowi o oryginalności tej potrawy. Na deser "wjechały" słodycze - ciasto miodowe z dodatkiem sezamu i chałwy a także gruszki w słodkim winie. Każda z potraw miała swój specyficzny smak. Całe menu skomponowane było w sposób bardzo przemyślany, dając możliwość skosztowania potraw według uznanych przepisów mistrza Bassona. Niewątpliwe Eucalyptus to miejsce uznane na kulinarnej mapie Jerozolimy, świetne zwłaszcza dla organizacji wieczoru na specjalne okazje.


Kolejną niezłą restauracją wartą opisu i w której mieliśmy okazję biesiadować to Darna - jedyna w swoim rodzaju restauracja serwująca potrawy kuchni marokańskiej. Jest to restauracja koszerna, mieści się w pięknym budynku w okolicach Jaffa Street.  Restauracja jest bardzo wysoko oceniana na mapie kulinarnej Jerozolimy i stoliki trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Zawsze znajdowała się na "liście"  restauracji w których chcieliśmy zorganizować kolację.
Podczas ostatniego pobytu w Jerozolimie mieszkaliśmy w hotelu oddalonym dosłownie kilkaset metrów od tej restauracji. Podeszliśmy tam spacerkiem, przecinając zatłoczoną Jaffa Street. W progu lokalu zostaliśmy przywitani przez właściciela, który wskazał nam nasz stolik i przedstawił kelnerkę, która miała nas obsługiwać. W lokalu było już sporo osób, w jednej z sal odbywała się jakaś rodzinna impreza.





Darna to z jednej strony marokańska kuchnia a z drugiej strony - piękny, oryginalny marokański wystrój. Stoły są okrągłe, mogące pomieścić 6-7 osób dookoła. Ciężkie, haftowane ręcznie obrusy, miękkie, poduszkowe siedzenia, kafle na podłodze,wszystko w kolorach beżu i czerwieni.

Darna słynie ze swoich potraw przygotowywanych w glinianych naczyniach - tagine. Tagine to z jednej strony naczynie gliniane, bardzo charakterystyczne z przykrywką w kształcie stożka, w którym przygotowywać można różne potrawy. Z drugiej strony "tagine" określa się także wszystkie potrawy tak przygotowywane, opisując następnie co taka potrawa zawiera. Ogólnie mówiąc, jest to sposób przygotowywania potrawy poprzez bardzo wolne gotowanie (niemal duszenia) w piecu węglowym, pilnując, aby temperatura nie wzrastała zbyt szybko i potrawa powoli się gotowała.


Na przystawkę, na środku stołu, na obrotowej tacy zaserwowano nam przystawki z dressingów o różnych smakach. Zamówiliśmy różne rodzaje tagine, z baraniną i kurczakiem. Nie jestem wielkim fanem baraniny, ale ta w Darnie przygotowywana jest przez kilkanaście godzin i stąd bardzo delikatna w smaku. Wszystkie potrawy mają dość specyficzny słodko-kwaśny smak ( z naciskiem na słodki), więc jeżeli jesteście zwolennikami takiej kuchni to z pewnością jest to miejsce dla was. Znakomity był kuskus. Zamówiliśmy 2 wina z lokalnych winnic - białe i czerwone - raczej przeciętne w smaku, ale dobrze komponowały się z potrawami.

Specjalnym rytuałem cieszy się tutaj podawanie herbaty, nalewanej z dzbanka trzymanego wysoko nad stołem. Nasza kelnerka robiła to z dużą wprawą.
Darna warta jest polecenia jako "eksperyment" marokańskiej kuchni w Jerozolimie - niestety, ceny są tutaj wysokie.......


 

Jeżeli znudzą i przejedzą wam się smaki kuchni bliskowschodniej to godne polecenia w Jerozolimie są dwie restauracje z kuchnią śródziemnomorską - jedna z kuchnią włoską, koszerna Piccolino, a druga, bliższa kuchni francuskiej to restauracja Cheese and Wine Rooftop, mieszcząca się na dachu słynnego jerozolimskiego budynku Instytutu Notre-Dame.
Wspomniane "przejedzenie" kuchnią bliskowschodnią nie jest objawem "wydumanym" i nachodziło mnie kilkakrotnie w czasie moich podróży na Bliski Wschód. Najbardziej pamiętam taki epizod sprzed 20 laty, także w Jerozolimie, gdzie jedynym rodzajem posiłku, który w pewnym momencie mogłem zjeść i który mi smakował był hamburger zjedzony w McDonaldzie przy Zion Square.


Piccolino to bardzo przyjemna włoska restauracja. Zarezerwowaliśmy stolik w wewnętrznym ogrodzie. Delikatne oświetlenie, scena w głębi na której co wieczór występują lokalne zespoły - muzyka w stylu jazz-rock z wpływami bliskowschodnimi.
Kelnerka, która nas obsługiwała była kilka lat temu w Polsce, w Katowicach. Zgodnie z jej rekomendacją zamówiliśmy różne rodzaje focacci. Focacia ma ciasto podobne do pizzy, ale dłużej wyrabiane i zazwyczaj posypywane z wierzchu solą i ziołami.
Na deser crème brûlée i tiramisu. Ponownie zamówiliśmy wino lokalne, tym razem półwytrawne. Piccolino to idealna restauracja na wyluzowany, ciepły wieczór w Jerozolimie.

                                                                             Piccolino



Restauracja Cheese and Wine Rooftop
mieści się, jak wspomniałem, w historycznym budynku Instytutu Papieskiego Notre Dame, naprzeciwko Bramy Nowej. Budynek należy do Watykanu i zbudowany został w roku 1904. Początkowo służył jako miejsce noclegu dla pielgrzymów. Budynek został bardzo zniszczony w czasie Pierwszej wojny izraelsko-arabskiej w 1948 roku i praktycznie pozostawał w ruinie do roku 1967, kiedy to przeszedł pod jurysdykcję Izraela. W roku 1972 obiekt został zwrócony Watykanowi i zrekonstruowany w ciągu następnych lat. Nasz papież powołał tutaj Instytut Papieski oficjalnym dekretem w grudniu 1978 (była to jedna z pierwszych decyzji Jana Pawła II po rozpoczęciu pontyfikatu).




Jak napisałem wcześniej, restauracja mieści się na szczycie budynku Instytutu i słynie z tarasu widokowego na wschodnią Jerozolimę i Wzgórze Świątynne.
Widok z tarasu rzeczywiście robi wrażenie. Był ciepły wieczór, Jerozolima jak na wyciągnięcie ręki.W czasie naszej kolacji lokal był pełen gości, rozbrzmiewał głownie język francuski. Restauracja słynie z bogatej oferty serów - zamówiliśmy mieszaną paletę serów francuskich, włoskich i hiszpańskich podawanymi z oliwkami, warzywami i sałatkami.
Jako danie główne zdecydowaliśmy się na wołowinę - wino tym razem francuski Merlot.
Kolacja była bardzo udana a miejsce jest godne polecenia nie tylko ze względu na dobrą kuchnią, ale także lokalizację.

Ogólnie mówiąc, restauracji i miejsc do biesiadowania jest w Jerozolimie nieskończona ilość. Dobre wspomnienia mamy także z restauracji Mona, położonej w bardzo ciekawym architektonicznie budynku, bardzo żydowskiej i lokalnej w charakterze czy też restauracji Machneyuda, założonej przez 3 szefów Assafa Granita, Yosse Elada i Uri Navona i serwującej współczesną, izraelską kuchnię -zawsze jest tutaj bardzo gwarno i dużo muzyki.

W Jerozolimie każdy znajdzie coś dla siebie - zarówno ze względu na rodzaj kuchni, lokalizację czy cenę. Dobry posiłek wart jest wydanego grosza, wszak nie samym zwiedzaniem i modlitwą człowiek żyje.........

27 września 2020



Jerozolima, restauracje Jerozolimy, Izrael, Instytut Notre Dame, Eucalyptus, kuchnia Bliskiego Wschodu, Darna, baranina, Biblia, potrawy



←09. Izrael: Bar Micwa